loader gif

Emocjonalna dyplomacja

Zastanawialiście się kiedyś, czym są emocje? Będę odkrywcza, jeśli powiem, że sprawdziłam w Wikipedii? Zaprawdę, typowo naukowe podejście. Kojarzymy, że reaguje nasze ciało, zachodzą jakieś procesy chemiczne a reakcje te wywołuje zazwyczaj „ktoś” lub „coś”. Spodobały mi się pierwsze słowa: „stan znacznego poruszenia umysłu”. Oczywiście, nie chcę się zagłębiać w filozofię, geografię, psychologię czy zasady funkcjonowania świata zwierząt. Choć czasem, jak nas co opęta, to zaiste,  stosujemy prawo dżungli. Każdy się chyba z tym zgodzi.

W każdym bądź razie, lubię nagłe, życiowe inspiracje. Zdarzyło się wam kiedyś powiedzieć: ale mnie zdenerwował? Zapewne używając bardziej przyjaznych epitetów do określenia podmiotu swoich uczuć. Powstrzymam się od cytowania. Zazwyczaj myślimy, że uczucia, które przeżywamy, zależą wyłącznie od tego, co je wywołuje. Jednak istnieje jeszcze druga strona medalu. I tak, mam przykład. Rozmawiam z, nazwijmy go, „Ktosiem”. Intencje jak najbardziej dobre i pozytywne. Podejrzewam, że z obu stron. Jednak zawsze na koniec dochodzi do awantury. Ni stąd ni zowąd, bez ostrzeżenia każde wyciąga noże, topory, aby patrzeć jak uzbrojone wozy pancerne i czołgi wyjadą z garażu! I wojna!

I nawet nie wiadomo, od czego się zaczęło! Mnie bierze nerw, więc już wiem, że mam boba (Błędne Oprogramowanie Bieżące). Czyli moja strona reaguje silnie na jakiś aspekt. Kto wie, czy to jest to, co w sobie też mam? Być może, aczkolwiek niekoniecznie. Jednak ten bob jest mój. Mówię Ktosiowi, że się o niego martwię. Tak szczerze, normalnie, jak to człowieki mogą się martwić o człowieka. I słyszę: martw się o siebie! No to przecież się czuję, jakby mi maczugą w łeb kto przyłożył! Ale mam świadomość, że za moje emocje odpowiedzialna jestem ja. Nie wiem przecież, jaką druga strona ma intencję. Staram się dyplomatycznie, może na ugodę, wyciągam białą flagę i macham. A to tylko pogarsza sytuację i lecą bomby! Jestem tchórzem, więc uciekam w las i wchodzę na miny przeciwpiechotne! Urwało nogi, nie ma jak dalej biec więc leżę. I co dalej?

Sytuacja patowa. Tak mi się skojarzyło, że po hiszpańsku „pato” to kaczor. I rzeczywiście, to czego nie potrafimy zmienić, możemy tylko akceptować. Po prostu jest, jak jest. Rozprawić mogę się jedynie z moim własnym bobem, więc mówię do niego: słuchaj, ty kaczy gilu (żeby nie używać popularnych polskich, czułych słów stosowanych w takiej sytuacji)! Nie wiem, kim jesteś, co chcesz, ale nie podoba mi się to, co ze mną robisz. Daj sobie spokój. Znajdź sobie innego żywiciela. Przepraszam, wybacz mi, proszę, kocham cię, dziękuję.

I niech leci sobie bob w chmurki. Taki mi nie jest potrzebny. Długo już podgryzał a nie podoba mi się rola psiej karmy dla bestii. Tym samym, sięgam do magicznego woreczka pełnego dobrego humoru. Ulewam się trochę skrzydlatemu przyjacielowi. A on mi na to:

– Odetnij to, jak Dyplomata z Ugandy!